madelaine blog

Twój nowy blog

moi drodzy wszyscy
mam ten mój śmieszny pamiętniczko-dzienniczek już długo od roku 2001 albo 2002, w przypływie buntu i obrażenia się na Pawła usunełam go po drodze, by po miesiącu znowu założyć niezmienny. Czemu był ważny?
Bo to własnie tutaj znalazł mnie Paweł, to tutaj do mnie napisał wreczając mi bukiet wyobraźniowych stokrotek i razem ze mną smucąć się losem zmarłego ptaszka, w którym upatrywałam się duszy poety.
Od tamtego dnia upłyneło strasznie dużo wody. Przestałam być naiwną romantyczką, przestałam być idealistką (w większej części) przestałam wierzyć w ludzi i ludziom (w wielkiej części) przestałam wierzyć w swiat i rzeczywistość. Po prostu przestałam być tamtą a zaczełam tą.

Madelaine to było miejsce mojego odreagowania świata, wyrzucenia wszystkiego, publikacji moich pierwszych prób literackich i chwiejnych myśli. Chciałam tu pisać głównie o rzeczach dobrych i wspaniałych, po to by móc czerpać stąd to samo. Jednak zycie jest wielobarwne, moi drodzy wszyscy, zaskakujące i zastraszające, zasmucające i radujące i jeszcze w cholerę i ciutciut.
To też da sie tutaj odnaleźć, chociaz zazwyczaj w formie ukrytych przed światem notek z ciemnej strony mojej natury, która chyba cały czas toczy walkę z tą jaśniejszą. Madelaine wzieła swoja nazwę od imienia francuskiej dziewczynki bohaterki bajki puszczanej kiedyś wieczorynki w TVP1 (to nazwa przekręcona – jedyny dostepny wówczas login), która była nieskończenie dobra, z czasem bliższa była mi nazwa czaerwonego wina, tez nieskończenie upajającego.

Zrobiłam w życiu kilka głupot, których bym żałowała pewnie, jakby mi sie chciało nad tym zastanawiać, ale mi się nie chce, więc nie żałuję. Przeżyłam też dwa wielkie rozstania, z Martusią, która zmarła niewiadomoczemu i z Kamilą, która mnie zostawiła z powodu mojej głupoty i za która wciąz rozpaczająco bym tesknila, jakbym pozwoliła sobie o tym myśleć. Ale nie myślę. Nie myślenia nauczył mnie Paweł w większej części.

Myślę, że teraz (o ile komukolwiek chce sie to czytać) rozumiecie jak ważne jest to miejsce dla mnie i jak wiele uczuć najrózniejszych tu zostawaiałam.

Są tu i te wzniosłe i te upadlające egoistyczne uczucia, których się wstydzę, a które też są częścią mnie. I za które was wszystkich przepraszam moi drodzy wszyscy. Biegnę dodać, że w czasie prowadzenia tego dzienniczka, prowadzilam jeszcze kilka podobnych mniej lub bardziej moiszych, gdzie wylewałam inne moje zainteresowania i uczucia.

No i do rzeczy bo zwlekam i odwlekam tą chwilę w nieskończoność.
Sumując ile dobrego i ile złego spełniło to miejsce, błogosławię dzień, w którym zdecydowałam mieć tego bloga, bo sprowadził w moje życie najważniejszą osobę, którą kocham do szaleństwa. Ostatnio jednak zastanowiłam się również nad tym, że sprawiam moimi wypowiedziami przykrość ludziom, którzy albo zostali w dali hen hen za mną, albo zostali sami z siebie gdzieś hen hen albo po prostu przez przypadek zjawiają się tutaj i odczytuja pewne znaki zupełnie błędnie, szukając kontaktu, chcą coś wyjaśnić, dopowiedzieć, zrozumieć, coś co juz nie powinno zaprzatać ani mnie ani ich ani w sumie nikogo. Nie dziwię się, że mozna odczytać moje słowa zapisane tutaj opacznie, i zapewne będa robić to wszyscy którzy mnie nie poznali w świecie rzeczywistym.
Nie chcę by ktoś źle to pojął, myśląc że cytat z jakiegoś smutnego wiersza odzwierciedla moje zycie i stany czy otoczenie. Na dziś dzień, jestem szczęśliwa mam wspaniałego męża, z którym budze się codziennie w naszym ulubionym mieszkaniu na poddaszu, z którego widać jedynie niebo i wawel, a jest ono wymalowane na dwa kolory karmazynowy przypływ i miodowe lato. mamy też czarnego dmuchawca na ścianie,  stworzylismy go własnymi siłami (co widać) a poysłu mojego genialnego męża, którego podziwiam całą sobą. Ślub wzieliśmy w najpiękniejszym kościółku na skałce, a w zime wybieramy się do chile pomieszkać z lamami i czytać im wiersze. I właśnie przeżylismy bardzo męczący weekend i mało radosny, bylismy na wystawie obrazów beksińskiego, wieczorku poetyckim i w teatrze na Trans-atlantyku. To z życia, o którym tu nie piszę. By wszystko było jesne bez żadnych niedomówień.

 
Maż mój zostawił bloga już dawno i tylko ja się ociągałam, przywiązana tymi wspomnieniami i najróżniejszymi uczuciami innymi i sama nie wiem czym jeszcze. Ale…
ale te wszystkie głupoty piszę by sie z wami pozegnać, bo chociaż nic nie piszecie (równiez przezemnie, bo wszystko usuwam) ja wiem że jesteście, że przychodzicie i że być może równiez czytacie;) przeskakując przez ten olbrzymi labirynt błędów ortograficznych o interpunkcji niewspominając (w poradni gdzie badałam tą dysortografię stwierdzili, że mam pomieszane półkule mózgowe – i to się pewnie zgadza:). A więc żegnam sie tymi słowy prostując niedomówienia wyjaśniając niepewności i przepraszając was z całego serca, za wszystkieprzykrości, jakie świadomie lub nieswiadomie wam sprawiłam Moi Drodzy Wszyscy.

tylko miejsce

Brak komentarzy

zawieszona w jednym miejscu, wiszę w przestrzeni określonej
wiosna zmienia się w lato, lato w jesień, a tutaj tylko przesuwam biurko spod okna do ściany

nie kocham krakowa, ani go nie cierpię
po prostu jest
i ja tutaj jestem, chociaż to miało być na troche, chwilę
a jestem tutaj wciąż obezwładniającą ciężkością siebie

jestem tutaj, chociaż śnię, że latam w przestrzeni
chociaz pragnę morza,  szumi ono we mnie obezwladniająco

też nienawidzicie osiedlowych piaskownic?
drwią z waszych pragnień o plaży
będąc dadaistyczną kpiną

rzeka czasem się burzy, falami przypominającymi morze
a ja zabijam siebie kolejnym piwem, zabijam piwem kolejny dzień
przybijam go młotkiem oszalałego sędziego

mówię do siebie,
w łazience
w bunkrze
w pokoju,
mówię do siebie coraz więcej
z każdym dniem

w

Brak komentarzy

zamknij się w swoim świecie swoich czterech ścian
swoich wnetrzności
tkanek
oplatających każde prawdopodobieństwo
bycia dla kogoś

dla siebie
wewnątrz własnej przestrzeni
jedynej słusznej
bez miejsc na
wątpliwości

schron
przed wszystkim co poza
poza mną
brak geniuszu

idealne tworzywo do bycia z samym sobą
idealne do bycia sobą samym
samym
jedynym
niepowtarzalnym
ja

wszystko co niemożliwe staje się rzeczywiste, rozpalasz ten pusty świat, skąd biorąc ogień, nie wiem
trzymasz mnie i wytrzymujesz mnie

mam dla Ciebie wylicznkę, odmierzająca każdy krok pod tą górę, będacy dziś już tylko próżnym oddźwiękiem
zmęczenia i poświęcenia; dziękuję

1 2 3
trzymasz mnie za ręke ty

4 5 6
to jest wszystko co moge znieść

7 8 9
idziesz ze mna po moim niebie

10 11 12
bo my się kochamy strasznie

i za ta pierwotną infantylność, pozwalającą stawić czoła każdemu dniu
na zdrowie

is it really okay?

lipiec w rozgiętych ustach: rzeka wypluwa dzieci
drążące kamienie, stopy przechodzą ciepłem
i przepadają w pianie, miękki prąd wypłukuje
biedronki z oczu kobiet zgaszonych jak lustra.
is it really okay?
ten sen ma krótki oddech.
miasto wszywa się w ogień odebrany bogom.
słowa syczą w przeciągach, mieliznach i trzcinach.
gong wgryza się w powietrze, zarasta pięciolinią
lekką jak przelot liści albo taniec pyłu.
dzień zniża się i tonie. idziemy w górę rzeki
z plantacją iskier w gardłach, otula nas błoto
i topniejąca ciemność, bo wdepnęliśmy w wieczór,
tę wrzącą schizofrenię z wilgoci i cienia.

Tomasz Dalasiński

-Każda rzecz stworzona pragnie powrócić do stanu naturalnego, być tym, czym była przed stworzeniem. Żywioły zostały stworzone z niczego i ich pragnieniem jest być niczym znowu. – Mówi Paracelsus, i chociaż każde ze słów niesie swój ciężar, to ta cała garstka jest proszkiem sylab.
Nic nikogo nie zatrzymuje, nic nikogo nie więzi, sami siebie jedynie.
Przekonujemy na próżno, że mamy obowiązki, że jesteśmy potrzebni, że niesiemy radość. Sami siebie mamimy kolorowymi formami kalejdoskopowych przymusów. A one też są niczym.

Zabieram cię na wycieczki po zmoczonym deszczem mieście, wiesz, pokażę Ci gdziekolwiek chodziłam i cokolwiek czułam kiedykolwiek. Tak pięknie mówisz o samoświadomości. Że maszyny mogą decydować, myśleć, czuć. Człowiek staje się wielkim kreatorem bytu a mnie nie ma. Rozlałam się gdzies na przestrzeni topograficznej wielkich kroków ludzkości. Tak jak rozpływam się w twoich słowach wychwalających naukowców z dziedziny mózgu. Ciekawe dla kogo ja jestem sztuczna inteligencją.
Przez godzine mówisz więcej niż słyszałam przez ostatni miesiąc.
Ale ja i tak w nic nie wierzę.

Czym byłam przed stworzeniem?
Nie chcę stać się spowrotem twoim żebrem.
Już wolę być żywiołem.

- To nie znaczy, że wszystko wolno, takie powiedzenie byłoby reakcją
nierozumnego dziecka. Wszyscy Ci, którzy mieli dość odwagi by tak powiedzieć,
nigdy naprawdę w to nie wierzyli. Oni chcieli po prostu nowej moralności. Ale o
prawdzie nie mieli pojęcia, sama myśl o niej byłaby ich zabiła.

- Ale mimo wszystko moralność została…

- Przypuśćmy, że prawda jest straszliwa, że to tylko czarna otchłań albo
coś jak ptak skulone w ciemnej, zakurzonej szafie? Przypuśćmy, że jedynie zło
jest rzeczywistością tylko, że nie jest złem, ponieważ straciło nawet nazwę. Kto
mógł spojrzeć takiej prawdzie w oczy? Filozofowie nigdy nawet nie spróbowali. Wszystkie
kierunki filozofii uczyły łatwego optymizmu. Filozofowie to tylko awangarda
teologii. Są pewni, że dobro tkwi w sednie wszechrzeczy i promienieje swoim
wzorem. Są pewni, że dobro jest jedno, jedyne i jednolite. Są tego pewni albo
też podnoszą do godności boskiej społeczeństwo, co jest powiedzeniem tego
samego w inny sposób. Tylko niewielu spośród nich naprawdę bało się chaosu i
wiecznej nocy, a jeszcze mniej było takich, którzy bodaj na chwilę tam
zajrzeli… A jeśli może przez jakąś szczelinę, jakieś pęknięcie w zewnętrznej
skorupie ujrzeli t o, wtedy biegli natychmiast z powrotem do swoich biurek i
pracowali pilniej niż kiedykolwiek, do późna w noc, by wytłumaczyć, że tak nie
jest, udowodnić, że tak być nie może. Cierpieli a nawet umierali za tę
argumentację, nazywając ją prawdą.

 

Jest tylko władza i cudowność władzy, jest tylko przypadek i groza
przypadku. A jeżeli jest tylko to, w takim razie Boga nie ma, a jedyne Dobro
filozofów jest ułudą i oszustwem.

 

Zniknięcie Boga nie zostawia po prostu pustki, którą może zająć rozum
ludzki. Śmierć Boga wyzwoliła anioły. A one są straszne.

- Anioły?

- Anioły są myślami Boga. Jego już nie ma – roztopił się w swoich myślach,
których natura, wielość i moc nie mieszczą się w naszych pojęciach. Bóg był
przynajmniej nazwą czegoś, co uważaliśmy za dobre. Teraz nawet ta nazwa
przepadła i świat ducha uległ rozproszeniu. Nie ma już niczego, co by mogło
zapobiec magnetycznej sile wielu duchów.

- Ależ… ależ – głos Marka zmienił się w ochrypły bełkot – przeciez dobro
i s t n i e j e, cokolwiek byś mówił, moralność istnieje, ona po prostu jest,
to coś znaczy, nasza troska o innych…

- Czy są jacyś inni? Tylko w przypadku zadawania bólu skutek zawarty jest w
przyczynie, że przekonywa o istnieniu innych. Wielki altruizm zasila tłuste
„ego”. To jedna z tych rzeczy, które powinny się narzucać jako
oczywistość.

 

„czas aniołów”

.

Brak komentarzy

bloomsday

Brak komentarzy

W istocie to Pablosday i to wpis dedykowany mojemu Jedynemu Najprawdziwszemu Szarlatanowi o ciemnych a przeciez najjaśniejszych oczach!

„Czymże jest imię?
Pytamy siebie o to w dzieciństwie wypisując imię, o którym powiedziano nam, że do nas należy.
Gwiazda, gwiazda zaranna, meteor ognisty uniósł się w chwili jego narodzin.
Lśnił za dnia samotnie na niebiosach jaśniejszy niż gwiazda Polarna pośród nocy, która jest jego inicjałem wypisanym wśród gwiazd”

-Buffalo Bill, gdy strzeli, zabije,
I nie chybi nigdy, póki żyje.

„ta świeca którą zapaliłam wtedy w kapliczce na miesiąc maj widać że przyniosła szczęście chociaż drwiłby z tego gdyby się dowiedział bo on nigdy nie chodzi do kościoła na msze albo modlitwy powiada twoja dusza nie masz żadnej duszy w środku tylko szare komórki bo nie wie co to znaczy mieć duszę tak kiedy zapaliłam lampę tak bo chyba musiał spuścić sie ze 3 albo 4 razy tym ogromnym wielkim czerwonym bydlakiem którego ma myślałam że mu żyły czy jak się to nazywa pękną chociaz nosa nie ma wcale takiego dużego kiedy rozebrałam się ze wszystkiego a rolety były opuszczone po tych wszystkich godzinach mojego ubierania się i perfumowania i czesania to sterczało jak kawał drutu albo gruby łom przez cały czas w moją stronę nigdy w życiu nie poczułam żeby ktoś miał takiego tych rozmiarów żeby cię aż tak wypełnił chyba musiał zjeść później całą owcę i co to za pomysł żeby nas tworzyć z taką wielka dziurą pośrodku jak Ogier wbija to w ciebie…”

Każdy Swą Własną Żoną
czyli
Miodowy Miesiąc w Dłoni
(narodowy niemoralitet w trzech orgazmach)

Widoczne odznaki przedzadowolenia?
Niemal erekcja: niespokojny zwrot ku: stopniowe wznoszenie sie: ostrożne odkrywanie: ciche wpatrywanie się.

Później?
Ucałował wonne miękkie miłe miodne melony jej zadu, obie melonomiękkie półkule w ich miłą miodną bruzdę, długim ciemnym nawołującym miodnowonnym pocałunkiem.

Widoczne oznaki pozadowolenia?
Ciche wpatrywanie się: ostrożne zakrywanie: stopniowe opadanie: niespokojne odwrócenie się od: niemal erekcja.

Co nastąpiło po tym cichym działaniu?
Senne wezwanie, mniej senne rozpoznanie, rodzące się podniecenie, katechetyczne zadawanie pytań.

wiesz?

Brak komentarzy

wiesz? chodzi o ten inny rodzaj wolności, ten który daje tylko maszyna. gdy przy
warkocie silnika, mruczącego jak duży kot, mocno wbijasz czwórke, a potem piątke.
kręta czerń drogi, rozlanej w słóńcu jak rzeka lawy przyciaga całą twoją uwagę
i nieważne czy obok jest ocean, istnieje droga, wiatr, szum silnika i ty, kapitan
droga czasem roztcza przeszkody, wielkie kamienie, rowy i ciężkie podjazdy,
ale ty wciąż w jakiś spsób polegasz na swoim jeepie, wiesz, że ma wielkie opony
i napęd na cztery koła, który służy pomocą, wiesz, że tylko dzięki niemu mozesz
tworzyć obłoki i wcale nie przeszkadza Ci, że są one z kurzu, bo przecież barwy
twojej drogi mają wszystkie kolory tęczy, i pamiętasz, że jak się zrobi zbyt
późno kapitanie, zawsze można skręcić, sprzeciwiając się drodze, swojej drodze.









  • RSS